Po latach

   
 


 

 

CO WY NA TO

Dom Kultury

Klub Irena

Podróż w czasie

Covery

Sukcesy

Kolorowe lata

Za granicą

Fiv'y

Uczucia

Osobliwości

Rogate dusze

Wizytówka

Epilog

Po latach

Galeria

Kontakt

 


     
 

 
                             Wspomnienia, wspomnienia…
 
     A.D. 2011 - marzec - restauracja „MIMOZA”. W kameralnym, zaprzyjaźnionym gronie, w miłej wręcz domowej atmosferze, rozmawialiśmy o kilkuletniej historii CO WY NA TO. Spotkanie miało charakter retrospektywny- dominowały wspomnienia. Siłą rzeczy spotkał się trzon grupy. Obecni ad hoc wspominali: Zawsze zastanawiałem się, dlaczego ten krótki okres był tak intensywny- mówił Jurek Jordan, sugerując, że był to okres ważny- odnieśliśmy sukces, a zarazem pozostał pewien niedosyt. Czy mogło się zdarzyć jeszcze coś więcej? To było profesjonalne granie,…ale zostawmy to pytanie bez odpowiedzi- stwierdził Jędrzej Sprysz, a Janusz Jona dodał- to była jednak bardzo romantyczna historia. Małgosia Kozyra zaś uzupełniła: Nie graliśmy wyłącznie dla siebie, dla własnej przyjemności, lecz dla publiki- ona była najważniejsza. I tak krok po kroku poszerzał się krąg naszych odbiorców. Wokaliści robili swoje, a poza tym zawsze wspierani byliśmy przez całkiem profesjonalną sekcję instrumentalną i czego tu chcieć więcej? Z kolei Arek Kozyra przekonywał: Dzięki temu, iż zespół nie ograniczył się tylko do powielania odniesionych sukcesów, odniósł coś więcej; ciągle się rozwijał, a jego kolejne wcielenia były zupełnie świeże. Właśnie do tego dążyliśmy- konkludował „Zynek” Elsner. Krótką wymianę myśli podsumował stawiając kropkę nad i „Ziut” Horoba: A poza tym nie mamy czego żałować. Sześć lat i ani chwili nudy- życie to przecież przygoda.  
     Ciekawym rysem, aspektem tej muzycznej przygody były niecodzienne zdarzenia- nigdy ich nie brakowało. Nie były w istocie najważniejsze, niemniej miały miejsce. A że zdarzały się rzadko, to pamięta się je w szczegółach- czasami było gorąco! 
     Momentami trzeba było brać „nogi za pas”, tak jak po pamiętnej zabawie młodzieżowej w Rogowie (ilościowa przewaga agresywnych napastników z Czyżowic była znacząca- taktyczny odwrót był całkiem uzasadniony). Z uśmiechem na ustach zespół przypomniał sobie te osobliwe, bulwersujące, „wyskokowe” momenty- Ależ to była zabawa!
     Swego czasu, zimową porą w okresie karnawału biały mróz pokrył ziemię i powoli wchodził na okna. Okolicę przeszywał lodowaty chłód (zdarzenie miało miejsce w Rogowie- występowaliśmy w tej miejscowości z dużą częstotliwością). Było wietrznie i mroźnie, bo zabrakło węgla do piecyka i ktoś niechcąco wybił śnieżką szybę w oknie. Instrumentaliści kapeli byli z natury mrozoodporni i niskie temperatury im nie szkodziły- z tym problemem radzili sobie na ogół dosyć sprawnie. Co innego soliści- musieli dbać o struny głosowe. Małgosia Kozyra zaprezentowała się wówczas („śpiewająco”) w kożuszku, futrzanej czapce i jednopalcowych rękawiczkach- „makówkach" (akurat co wróciła spod Zakopanego). Karnawałowa noc pomimo tego, że mrozik na sali ostro chwycił, udała się. Zabawa odbyła się składnie, gładko, a repertuar poszedł jak z płatka.        
          To niesamowita sprawa, ale nie raz i nie dwa, chcąc nie chcąc, z nazbyt podchmielonymi zabawowiczami trzeba było stanąć wprost- twarzą w twarz. Pewnego razu na weselnej zabawie w Lubomi, w „gościnnej” Ochotniczej Straży Pożarnej dopiero wtedy zabawowicze się uspokoili, kiedy „Ziut” Horoba chwycił stołek za nogę i w górę…, a miał w dłoni „uchwyt jak imadło” (w tamtych latach produkowano solidne stołki- plastikowych nie można było uświadczyć w sklepach), dopiero kiedy im gorąco i serdecznie pomachał, czy też pogroził (tego już dokładnie nie pamiętam), to się uspokoili i jak jeden mąż wykonali komendę „w tył zwrot”- całe szczęście, że zdążyli, bowiem „Ziut” (Horoba) w owym czasie był w doskonałej formie i to nie tylko muzycznej.
     Niejednokrotnie zadymiarze (których wtedy, tak jak i dziś na imprezach muzycznych, sportowych- niestety- nie brakowało), kiedy tylko zorientowali się, że za zespołem stoi mur przyjaciół, w tym sportowcy Górnika Pszów (w klubie trenowali nie byle jacy bokserzy, ciężarowcy…), natychmiast, migiem „dawali dyla”- takie sytuacje na całe szczęście nie były normą, były jednostkowe- wręcz stanowiły wyjątek.
     Małgosia (Kozyra) wspomniała w trakcie spotkania (to przykład z innej beczki), że była naocznym świadkiem niecodziennego zdarzenia. W trakcie opolskiego Festiwalu Polskiej Piosenki (występowała na deskach Opola 69 po sukcesie zielonogórskim): Ze zdziwieniem i lekkim zakłopotaniem obserwowałam, jak znana w tamtych latach piosenkarka Rena Rolska za kulisami opolskiej sceny z nożycami w dłoni „goniła" długowłosych muzyków CZERWONYCH GITAR i innych kolorowych zespołów (CZERWONO- CZARNYCH, NIEBIESKO- CZARNYCH). Zdaje mi się, że miała niecne zamiary.    
      Innym razem po kolejnej odsłonie Festiwalu Studenckiego w Częstochowie (zespół z Pszowa bawił tam kilkakrotnie), na ręce dyrektora Technikum Mechanicznego w Raciborzu przyszło zażalenie- pocztą. Na Arka Kozyrę. Dyrektor wezwał mnie na dywanik- wspomina Arek (Kozyra). Dyrektor mojej szkoły: Co ja robiłem w Częstochowie, co ja robiłem w hotelu? W pokojowym hotelu bowiem została uszkodzona umywalka. Szczerze powiedziałem dyrektorowi. Występowałem wraz z zespołem CO WY NA TO z Pszowa na festiwalu studentów- i dodałem-, że owszem myłem nogi w umywalce, a takie zdarzenie każdemu może się przytrafić (inni też myli?). Myłem, bo prysznic był „w remoncie”. Wyrozumiały dyrektor szkoły, kiedy wreszcie zorientował się o co chodzi, że z zespołem śpiewam, gram, ze zrozumieniem kiwnął głową, wręcz pochwalił i skontatował: Masz Arku zacięcie artystyczne, a to fantastyczna sprawa. Rzecz jasna do matury „musiałem” uświetniać akademie i inne imprezy szkolne.  
     Janusz Jona w trasy krótsze, czy też dłuższe zabierał ze sobą m.in. całą paletę szczoteczek do zębów- woził je w dyplomatce. Jedną z nich- ulubioną- z wielką godnością nosił w butonierce firmowej marynary. Miejscowe dziewczęta pytały naszego solistę o przyczynę, o zamiary? A Janusz (Jona) nieodmiennie, zdecydowanym tonem mawiał: Jak się śpiewa, to trzeba dbać o higienę jamy ustnej (żeby w trakcie śpiewu, zwłaszcza w wyższych rejestrach n.p. kawałek rolady nie wpadł „do mikrofonu”). A poza tym nigdy nie wiadomo mój przyjacielu (zdaje mi się, że do mnie- z filuternym uśmiechem na ustach- adresował te wynurzenia), co może ci się przytrafić na trasie (Jablunkov, Karwina, Orlova….). Do dzisiaj głęboko się zastanawiam, co Janusz (Jona) miał wtedy na myśli?
      CO WY NA TO koncertując w wielu miejscach Polski, w wolnych chwilach pomiędzy występami nie zaniedbywał ćwiczeń, albowiem aby grać rocka trzeba dysponować odpowiednią tężyzną fizyczną. Uprawiał sport: siatkówka, pływanie, pink- pong, piłka nożna. Swego czasu w Międzyrzeczu zespół rozegrał z całym ceremoniałem jaki przystoi wielkim imprezom sportowym, mecz piłki nożnej z kolonistami ze Śląska. Wynik niech świadczy o wysokim poziomie: 23: 21. Dla kogo? Oczywiście dla „młodych”. Na podkreślenie zasługuje fakt, iż Stanisław „Styna” Szymiczek dwoił się i troił, aby zdobyć cenne bramki- znacząco się wyróżniał. Był jednocześnie dobry w obronie, pomocy i ataku. I choć nie było takiej potrzeby, to z całą pewnością w bramce też by sobie poradził- taki miał talent.     
    A po sukcesach telewizyjnych zespołu (lata 1969/71) do Pszowa w błyskawicznym tempie dotarła „bulwersująca” wiadomość-jak szczerze zapewnia Jurek Jordan-, iż grupa CO WY NA TO to N A T Z M U, co w dowolnym tłumaczeniu oznacza- najlepszy amatorski telewizyjny zespół muzyki uderzeniowej. Widzi mi się, że to zastanawiające stwierdzenie nosi znamiona prawdy.  
     W czasie „mimozowego” spotkania wszyscy uczestnicy zgodnie podkreślali: W tym wirującym muzycznym tyglu czuliśmy się jak ryba w wodzie.